Łukasz Gołębiewski jest dziennikarzem, eseistą i wydawcą, a od jakiegoś czasu także powieściopisarzem. „Złam prawo” jest jego kolejną próbą prozatorską. Jak możemy przeczytać już na obwolucie, akcja książki rozpoczyna się w 1981 roku, kiedy to ginie dwóch nastoletnich chłopców, przyjaciół Krzysztofa, narratora powieści. Po wielu latach ponad 40-letni Krzysztof przypadkiem trafia na trop dawnej zbrodni i rozpoczyna śledztwo na własną rękę.
Tyle, drodzy Czytelnicy, możecie przeczytać w nocie od wydawcy i… po zapoznaniu się z książką będziecie bardzo rozczarowani. Notka sugeruje bowiem, że mamy do czynienia z porywającym kryminałem, a tu przysłowiowy klops. Powieść Gołębiewskiego z takowym gatunkiem literackim ma doprawdy niewiele wspólnego. Oczywiście, przyjaciele Krzysztofa rzeczywiście giną, jednak jego zdaje się to niewiele obchodzić. Część poświęcona rzekomemu śledztwu obejmuje nawet nie trzecią część książki. Oczywistym więc jest, że albo trzymamy w ręku niezmiernie słaby kryminał, albo „Złam prawo” takiej etykietki otrzymać zwyczajnie nie powinno. Szczerze pisząc, skłaniam się ku tej drugiej opcji.
Książka Gołębiewskiego nie jest powieścią detektywistyczną. Najbliżej jej chyba do starej dobrej prozy inicjacyjnej. Narratora pochłaniają bowiem nade wszystko problemy dojrzewania: potrzeba akceptacji ze strony rówieśników, pierwsze eksperymenty seksualne, przepełniający go bunt, z którego notabene Krzysztof nigdy nie wyrasta. Tłem książki są równie stare, choć nie tak dobre (za to wielokrotnie już opisywane…) lata 80.: czas nie tylko gwałtownych przemian politycznych, ale i kulturowych, ilustrowanych choćby przez Jarocin.
Ciekawie skonstruowana jest kompozycja powieści. Początkowo Gołębiewski podaje nam na tacy wydarzenia retrospektywne, by później przejść do tych teraźniejszych. Narracja z czasem staje się coraz mniej emocjonalna i bardziej szkicowa (zresztą, w pewnym momencie pojawia się podział na tak zwane „kadry”). Styl dosadny, soczysty, okraszony jest częstymi cytatami muzycznymi. Zwłaszcza to ostatnie wydaje się całkiem niezłym zabiegiem: narrator nie jest w końcu „zwykłym” wielbicielem muzyki. Muzyka kształtuje jego sposób rozumowania – nic więc dziwnego, że często myśli ulubionymi fragmentami tekstów piosenek.
Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w książce Gołębiewskiego wszystkiego jest po prostu za dużo. Za dużo ćpania, za dużo picia, za dużo rozmyślania i gadania, a za mało akcji. Wydawca wspomina o solidnej dawce erotyki i rzeczywiście nie są to bezpodstawne słowa. Krzysztof zachowuje się jak erotoman, więc co chwila otrzymujemy opis jego kolejnej miłosnej przygody: ostrej, czasami (szczególnie na początku) żałosnej, zawsze opisanej dobitnie i z dbałością o najmniejszy szczegół. Dodam, że z dbałością raczej niepotrzebną… a wręcz nużącą.
Jeszcze słowo o wydaniu książki. Spodobał mi się ciekawy projekt zagospodarowania strony: piękna czcionka, elegancko rozłożony tekst. Szkoda tylko, że tak piękną robotę typograficzną popsuła korekta, która przepuściła szereg mało eleganckich błędów ortograficznych i interpunkcyjnych.
„Złam prawo” nie przekonało mnie do siebie. Być może jednak książka skierowana jest do czytelników nieco starszych, którzy z lat 80. pamiętają ciut więcej. Być może…