Powieść „Złam prawo” Łukasza Gołębiewskiego miała pokazać mroczny, brudny, na wskroś męski świat. Ale szukanie w niej psychologicznej głębi wymaga sporego samozaparcia.
Termin „rock’n’roll” sam w sobie oznacza uprawianie seksu – powiedział kiedyś muzyk o reputacji tak mrocznej, że chcąc uniknąć zgorszenia, jego nazwisko zachowam dla siebie. Akt płciowy, rzecz jasna, wspomniany artysta określił w sposób daleko bardziej dosadny, nie o to jednak chodzi. Rzecz w tym raczej, że autor cytatu w krótkich żołnierskich słowach zdołał ująć myśl, na której wyrażenie Łukasz Gołębiewski poświęcił już cztery książki.
„Z bohaterem Gołębiewskiego spotykam się już nie po raz pierwszy i nie kryję, że lubię faceta: wiecznie zbuntowanego Piotrusia Pana, kochanka małolatek, gorzały i punk rocka” – napisał wylewnie o najnowszej powieści Gołębiewskiego Witold Horwath. Ja muszę przyznać wprost: to, co Horwatha urzeka, mnie irytuje. Nie umiem polubić bohatera stale powracającego w tekstach autora „Xenny mojej miłości”. Bo też jest to postać utkana ze zdartych na wylot klisz: pogrobowiec Jarocina, który nigdy nie wyrósł z glanów i skóry, zapijaczony neurotyk, wieczny singiel i outsider, szukający zapomnienia w seksualnych przygodach. Najnowsza ksiązka pokazuje, że Gołębiewski z uporem godnym lepszej sprawy powiela własne pomysły, a wzbogacenie fabuły o intrygę kryminalną wnosi niewiele świeżości.
Krzysztof, jak na anarchistę przystało, istnieniem prawa i społecznych zakazów brzydzi się bardziej niż diabeł wodą święconą. Życie czterdziestoletniego punkowca to zatem wieczne imprezy, po których nieuchronnie następuje kac i niesmak wywołany pobudką u boku kolejnej nieatrakcyjnej znajomej. Źródła buntu Krzysztofa i jego nieprzystosowania do świata ma objaśnić część pierwsza powieści, cofająca nas do czasów dzieciństwa bohatera. Owszem, dochodzi wówczas do brutalnej i wyjątkowo tajemniczej zbrodni, na pierwszy plan wysuwa się jednak wątek wtajemniczeń cielesnych. Już na dziesięcioletniego Krzysia dybią tajemnicze ciocie, wyłaniające się z matczynej garderoby. Potem jest już tylko lepiej – małe dziewczynki nieustannie ciągną młodego człowieka w krzaki, domagając się zabaw w doktora, za co zwykle płacą srogim laniem od rodziców (sam Krzyś za to samo zostanie z aprobatą pogłaskany przez ojca po główce). Z okresu dorastania bohater wysnuje jeden wniosek: miłość boli i rozczarowuje, w dorosłym życiu Krzysztof postawi więc na seks jako źródło mechanicznej przyjemności, my zaś będziemy brnąć przez niekończące się opisy kopulacji. Miałby to być pastisz? Drwina z typu macho i sposobu przedstawiania męskiej seksualności w literaturze, zwłaszcza tej w wersji pop? Jeśli nawet, trudno z tej lekcji wyciągnąć jakikolwiek konstruktywny wniosek.
Jest w powieści Gołębiewskiego swojski klimat PRL-u, jest nostalgia za czasami Jarocina i rock’n’rollowego buntu. Tyle, że liczne wątki „Złam prawo” znajdziemy w wielu znacznie lepszych książkach. Alpaga oraz tanie papierosy lepiej smakują u Stasiuka i Vargi. Mrocznej zagadki wieku pierwszych wtajemniczeń lepiej szukać u Hellego. A jeśli tęsknimy za typem macho, który z wdziękiem poniewiera uległymi partnerkami, warto raczej wypożyczyć kilka filmów z Humhreyem Bogartem.