Książka Johna O'Briena "Zostawić Las Vegas" to niewielka autobiograficzna opowieść o melancholijnym alkoholiku. Okazała się ona największym dokonaniem literackim amerykańskiego pisarza. Napisał ją w 1990 r., a na maszynopisie przesłanym wydawnictwu zaznaczył: "Czytać tylko po pijanemu". Jednak w oficjalnym wydaniu powieści, w trosce o morale społeczeństwa, ostrzeżenie usunięto.
W miesiąc po ukończeniu druku powieść O'Briena królowała już na amerykańskich listach bestsellerów. Jeszcze raz okazało się, że nic tak nie pobudza ciekawości czytelniczej, jak skandalizująca autobiografia podlana sporą dawką bur-bona. Prawie sto tysięcy egzemplarzy "Zostawić Las Vegas" sprzedało się na pniu, natychmiast dodrukowano kolejne wydania, a o 0'Brienie zaczęto poszeptywać jako o następcy samego Charlesa Bukowskiego. Ze zwierzeń Bena, alkoholika, który postanowił dokończyć pijackiego żywota w bajkowym Las Vegas, z butelką w ręku i prostytutką o złotym sercu u boku, krytycy w mig zrobili moralitet o ogólnoludzkim wymiarze.
Pisarz, będąc na nieustającym rauszu, przyjmował wier-nopoddańcze hołdy zauroczonej publiki z wycezylowanym dystansem. Ponoć wzruszył się tylko raz, kiedy studenci Har-vardu, zrzeszeni w kółku miłośników twórczości Mal- colma Lowry'ego, skądinąd też klasyka literatury alkoholowej, ofiarowali mu swój specjalnie ufundowany literacki laur. Nie trzeba długo zgadywać, że nagrodą była nie byle jaka flaszka: 60-letnia butelka whisky The Macallan, za - bagatela -10 tys. doków. Biografie pisarza nie podają, czy wypił ją sam, czy wraz z ofiarodawcami.
Literacko-alkoholowa idylla trwała dla O'Briena jedynie cztery lata, do momentu, gdy reżyserska sława z Hollywood, Mike Figgis, zwrócił się do niego o prawa do ekraniza- cji książki. W 1995 r. to, co w prześwitach trzeźwości przewidywał O'Brien, stało się faktem - film całkowicie przyćmił jego powieść. Szczęśliwie dla pisarza, nie żył już prawie od roku. Dwa tygodnie po rozpoczęciu zdjęć, nie mogąc znieść myśli o ekranowej konkurencji, popełnił efektowne samobójstwo. Strzelił sobie w głowę z zabytkowego rewolweru dziadka.
I tu zaczyna się nowe, tym razem ekranowe, życie "Zostawić Las Vegas". Tak oszałamiającego sukcesu, niezbyt wyrafinowanego przecież filmu, nie spodziewał się chyba nikt. Figgisa okrzyknięto najlepszym reżyserem roku (dostał nawet podwójną nominację do Oscara), ale największe zaszczyty spadły na dwójkę głównych aktorów. Nicolas Cage zgarnął statuetkę Akademii i Złoty Glob, a grająca em-patyczną dziwkę Elisabeth Shue przepustkę do dalszej kariery. Niebawem, u boku Vala Kilmera, zagrała czarującą doktor Emmę w "Świętym".
O kulisach powstawania filmu w filmowym światku Hollywood do dziś krążą legendy. Ponoć Cage tygodniami ćwiczył charakterystyczny, znany wszystkim pijakom świata gest podnoszenia kieliszka do ust. Pewnego dnia udał się nawet do klubu abstynentów, aby z pierwszej ręki posłuchać o otchłaniach nałogu. Na planie popłynęła prawdziwa rzeka wody barwionej na brązowo, imitującej whisky i burbona, ale w najważniejszych ujęciach Cage pił prawdziwą gorzałę. Chodziło z grubsza o to, żeby naturali-stycznie wykrzywiał gębę.
"Zostawić Las Vegas" szybko trafiło dla filmowej klasyki, a oglądanie półtoragodzinnej autodestrukcji bohaterów najwyraźniej wciąż sprawia widzom niekłamaną przyjemność. A Nicolas Cage, filmowy opróżniacz bulgoczących butelek, może z dumą obnosić się ze sławą wśród miłośników wypitki. Dużo gorzej z 0'Brienem. O nim pamięta już mało kto. Gdy więc będziemy czytać jego książkę, wychylmy i za niego lufkę. Twoje zdrowie, John!
Mariusz Grabowski, "Polska", 09.01.2008