Z Krzysztofem Rucińskim, czyli Symeonem Rutą, wokalistą poznańskiej kapeli Gedeon Jerubbaal, rozmawiamy o jego zbiorku opowiadań "Moje trzy wina z Siulą", a także o polskim rasizmie i kanadyjskich rastafarianach.
Kto to jest Siula?
Krzysztof Ruciński: - To symbol Sołacza, z którego pochodzę i bohater trzech opowiadań w mojej książce. Pod koniec lat 70. byłem nastolatkiem i pijałem z nim wino. Dziś Siula wciąż trwa na placówce. Nadal można z nim pogadać o starych czasach i o dawnych znajomych.
Z książki dowiemy się też, co się działo, kiedy straciłeś już kontakt z "wiarą" z Sołacza...
- Mogłem źle skończyć, ale reggae wyciągnęło mnie z dzielnicy. Większość opowiadań rozgrywa się w połowie lat 80., a zainspirowane są tym, co przeżywałem już wspólnie z zespołem Gedeon Jerubbaal. Piszę m.in. o naszym tournee w Bułgarii. Tamtejsi esbecy byli początkowo zszokowani dreadami, ale później przekonali się, że nie jesteśmy tacy straszni. To właśnie po naszej wizycie bułgarskie władze pozwoliły młodzieży nosić długie włosy.
Wam z kolei środowisko zarzucało zbyt bliskie kontakty z polskimi władzami.
- Wzięliśmy udział w konkursie, wygraliśmy i nagraliśmy dla telewizji taką płytką, wesołą piosenkę. Uczyniliśmy to świadomie. Dzięki temu dużo koncertowaliśmy i mogliśmy się utrzymać z muzyki. Muzycy "podziemni" zarabiali na różne, inne sposoby. Nam nie udało się za to wydać dużej płyty. Może dlatego, że nie byliśmy z Warszawy.
Dlaczego wyjechałeś z kraju?
- Miałem wtedy czarnoskórą żonę. Bez przerwy spotykaliśmy się z przejawami rasizmu. Z uwagi na kolor skóry, żona nie dostała pracy w przedszkolu. Kiedy więc pojawiła się możliwość wyjazdu do Montrealu, skorzystaliśmy z niej.
W Montrealu poznałeś tamtejszych rastafarianów...
- To był szok. Specyfika polskiego rastafarianizmu związana była z geopolityką. Niewolę babilońską kojarzyliśmy z komunizmem. Kanadyjscy rastamani żyli na co dzień w zgodzie z Biblią. A ja czuję wprawdzie potrzebę duchowości, ale nie potrzebuję zorganizowanej religii.
Co sądzisz o współczesnym, polskim reggae?
- Stało się bardzo zróżnicowane i to jest fajne. Ja wolę jednak roots niż dyskotekowe odmiany.