No i zakupiłem tę małą
książeczkę, pełen nadziei
i wiary w cudowność
wyboru opowiadań młodych,
naznaczonych charyzmatem,
wyjątkowych
i outsiderskich pisarzy.
Punks not dead – wrzeszczy
głośno tytuł.
Książka składa się z czternastu
opowiadań o różnym
poziomie artystycznym.
Wartych uwagi – jak sądzę –
jest pięć: Czarny Antek (Michał
Mądracki), Dwa euro na
szczęście (Sergei Noir), Białe
ściany (Mateusz Antczak),
Pogo (Mariusz Błajet) i Alkoholiczka Maria (Piotr Stróżyński). Wszystkich
bohaterów łączy nonkonformizm, ucieczka od wszelakich systemów,
sprzeciw wobec władzy, swoboda wyrażania poglądów
i zamiłowanie do punkowych brzmień. Przez momenty szczęścia
i sytuacyjną euforię przebija się cień katastrofy i tragizmu, by
przerodzić się w ostateczną porażkę.
Pierwszoplanowi herosi, nie dostrzegając zmian krajobrazu
życia, wciąż posługują się w określaniu rzeczywistości
wypróbowanymi nazwami na idee i wartości, nazwami,
które jednak obecnie niebezpiecznie potaniały.
W obliczu teraźniejszości proklamowane dawniej hasło no
future staje się mniej atrakcyjne. Niektórzy brną do samego
końca w dekadencką i anarchistyczną pustkę, nieliczni odcinają
pępowinę postępującej degrengolady estetycznej. Jedni
do końca pozostają społecznością alternatywną, inni biernie
wchodzą w dostojne progi społeczeństwa masowego.
Niektóre opowiadania pokazują również smutny obraz
drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Czasy jarocińskich
festiwali, władczej Milicji Obywatelskiej i nierzadko bezmózgich
oddziałów ZOMO zostają odcedzone w historii
o Alkoholiczce Marii – zespole punkowym – i w esencjonalnej
postaci wypite przez członków kapeli. To opowiadanie
jest ważne ze względu na pejzaż początków polskiej
kultury punk. Młodzi, ambitni, mający cele muzycy, którym
wszystko się układa, wszystko wychodzi, bez kłopotu
kwalifikują się do występu w Jarocinie, stają się nagle kłębkiem
własnych problemów i problemów ustroju politycznego.
Śpiewają teksty, które odrzuciła cenzura, nie mają
miary, są szczęśliwi, widzą wiwatujące i rozentuzjazmowane
tłumy i stają się ich idolami, lektorami myśli społeczeństwa.
Kobiety się w nich kochają. Piękne słowa, buntownicza
atmosfera i siła kończą się wraz z festiwalową
wrzawą. Milicja musi dbać o porządek. Jeden z członków
zespołu idzie do wojska, dwóch pozostałych bohaterów
zostaje pobitych i otrzymuje wysoki [...] mandat za igranie
z białą pałą [...] i systemem politycznym. Wszystko się
wali: A jeszcze tak niedawno byłem szczęśliwy i zakochany,
odniosłem też największy życiowy sukces. Ale wszystko
wraca do normy. Zakochałem się w kurwie, a rzekomy
sukces trąci więzieniem – mówi jeden z idoli. Nie jesteśmy
w stanie określić, czy kilka lat wcześniej w głowach tych
dzieci, dotkniętych brakiem jednego odcinka Teleranka,
kształtowało się pokolenie oratorów wolności i równości,
pokolenie buntu. Nie jesteśmy też pewni co do tego, że
ich rodzice – górnicy z kopalń, stoczniowcy, Karol Modzelewski,
Lech Wałęsa czy kard. Wyszyński – byli punkami.
Jedno jest pewne: ruchy anarchistyczne przyczyniły się do
powstania protestów robotniczych, społecznych i obalenia
komunizmu.
Czasy prawdziwego punka już dawno minęły, ale ludzi
bez ambicji, ideałów i tworzących własne prawo nie brakuje.
Dziś hasło no future głoszą nie wywrotowcy z irokezami,
ale łyse istoty opakowane w ortalionowe stroje sportowe,
proklamujące bunt i przejawiające agresję zgodnie z własnymi
wytycznymi. Punks not dead z pewnością jest też tego
obrazem. Nie chciałbym odrzucać tej książki, twierdząc, że
w istocie jest banalna, słaba estetycznie i że trafi głównie do
młodego wiekiem, zbuntowanego kręgu odbiorców. Niesie
bowiem ze sobą całkiem głębokie wartości, agituje za indywidualizmem
i z przekorą ukazuje podążające za karierą
społeczeństwo.